Przejdź do głównej zawartości

Supeł.

Pewność siebie to nie są splątane słowa.
A ja dzisiaj czuję ten supeł w moim przełyku, czuję go nieco lżej, ale jednak.
Oplata on moje perfekcyjnie ułożone w głowie zdania, które aż rwą się, żeby ujrzeć światło dzienne.
Niektórym się udaje, jednak po stoczonej walce nigdy nie są tak barwne jak ich pierwowzory. 

To smutne. 

Chciałabym umieć dzielić się wszystkimi moimi wizjami w takiej formie, w jakiej rodzą się w moich myślach. Chciałabym bez zająknięcia przekazać o czym marzę, a czego się boję. Chciałabym opowiadać o małych modliszkach i o zwiewnej chabrowej sukience, która delikatnie powiewa przy morskiej bryzie. Chciałabym dzielić się słowami, a milczę.

Milczenie jest złotem, chociaż w tym przypadku to chyba tombakiem. Strach przed krytyką. Chowam się w sobie. 

Niewystarczająco dobra. 
Ale dobra do czego?






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

You can be me.

Hej, możesz być mną.
Możesz zjeść to samo marchewkowe ciasto.
I cieszyć się tym samym jabłkiem.
Możesz wyjechać do Paryża.
Albo wziąć kota ze schroniska.
Możesz nosić okulary.
Pisać listy do nieznajomych.
Zawsze zamawiać flat white.
Albo piwo z imbirem.
Możesz wystawiać twarz do słońca.
I odwiedzać tego samego fryzjera.
Możesz kupić ten sam flakon perfum.
A na randkę wybrać się do tego samego lasu.
Możesz wąchać nowe książki,
I na śmietnikach szukać skarbów.
Możesz wybierać tych samych autorów,
zapętlać tę samą playlistę.
Możesz sadzić tę samą lawendę,
a na śniadanie przeciskać te same pomarańcze.
I płakać nocą ze wzruszenia,
I wzruszać ramionami z grymasem.

Hej, możesz być mną.
Równie dobrze możesz być sobą.


***

Odwaga.

Jestem odważna.
Potrafię zaryzykować. Wyruszyć w samotną wędrówkę. Szukać kotów w schroniskach i uśmiechów na dachach. Bezczelnie się śmiać. I zrywać bez z krzaków.
Boję się.
Za każdym razem, gdy mam wyruszyć w drogę boję się tak bardzo, że moje palce drżą na samą myśl.
Drżą ze strachu, ale i z podniecenia.
Czasem szukam schronienia, a czasem sama wystawiam się na stracenie.
A potem stracenie okazuje się ocaleniem.
I tak ocalam się dzień po dniu,
nie pozwalam sobie spocząć.
Czasem przykucnę na chwilę, miesiąc, rok, może dwa.
Wydawało mi się, że się schroniłam.
Bezsilna.
Potem wymiatam te koty z tego schroniska.
Rozbijam resztki wazonów.
Wylewam wodę.
Kwitnie kalina.
Kolejny rok.

Słyszę wołanie.
Czy to ty, mój miły,
czy to echo w studni?



Rozsypany brokat.

Nie znoszę fałszu. Oblepia ręce jak tłusta maź, trudna do zmycia. Pocieram palcami z nadzieją, że zniknie. Czarne plamy. Uśmiechasz się, jak gdyby nigdy nic. Znów ferma strusi. Tkwimy wwierceni w okoliczności, nie do końca nasze wybory. Splot losu. Ja w tym wszystkim siedzę na dachu i dyndam sobie stopami, tak jak od zawsze marzyłam. I patrzę w gwiazdy. Otula mnie miękkość pluszu. Tylko ta cholerna maź nie daje spokoju. Czym się to zmywa?
Myślę. A gdzie siedzisz ty? Czy dotykasz dłonią dokładnie tych gwiazd, które od zawsze krążyły po twoich orbitach? A może zdałaś się na ślepy los, ten sam, który w dziwnych okolicznościach złączył nasze drogi? Pozwoliłaś swojej rzece płynąć jak zapragnie, bez nadawania jej kierunku. A teraz z żalu, zazdrości, czy niezrozumienia zaciskasz pięści na moich nadgarstkach. Oblepiasz. Wiem, jesteś głodna. Jakiś czas temu zamknęłam się w sobie, stworzyłam sobie swoją bezpieczną przystań. Odizolowałam się od toksycznych ludzi. Byli szkodliwi, marudni, zazdrośni…